O autorze
Wiceprezes Kongresu Nowej Prawicy. Członek Rady Dzielnicy Cisowa w Gdyni. Członek Stowarzyszenia "KoLiber". Nauczyciel języka angielskiego, właściciel szkoły językowej. Piszę o tym, na co mainstreamowe media celowo nie zwracają uwagi oraz o tym, co w oficjalnej wersji sprzedawane jest Polakom w taki sposób, aby rzeczywiste intencje władzy nie zostały odczytane. Odkłamuję pojęcia, zmuszam do myślenia, zachęcam do zgłębiania omawianych tematów.

Znieść ustawę kwotową!

W 2011 roku środowisko antykobiece złożone z kobiet, przewrotnie nazwane Kongresem Kobiet, wymusiło na politycznie poprawnym rządzie przepchnięcie Ustawy Kwotowej, gwarantującej obecność co najmniej 35% kandydatów jednej z płci na wszystkich listach wyborczych. Tym samym zablokowały szansę na to, aby Partia Kobiet kiedykolwiek wystawiła samodzielne wiarygodne listy kandydatek, ale nie będę się pastwił nad tym uderzeniem samego środowiska w koleżanki.

Chodziło oczywiście o to, aby na siłę wcisnąć na listy kobiety, które wcześniej nie przechodziły partyjnego sita i/lub zmusić władze wszystkich partii, aby kryterium płci było powyżej jakimkolwiek innym. Używano wtedy i używa się nadal argumentów całkowicie nieprawdziwych, ale za to takich, które kupuje lud, bo tylko takimi jest od początku karmiony. Nikt przy tym nie zastanawiał się, dlaczego kobiety stanowią mniejszość w polityce.

Najczęściej działo się tak z powodów absolutnie obiektywnych - kobiety w polityce są bardzo aktywne, ale wiele z nich nie stawia sobie za cel jakiegokolwiek sukcesu osobistego, stawiają raczej na sukces akcji czy idei. Były też powody prozaiczne - w środowiskach politycznych, kobiet jest po prostu wielokrotnie mniej niż mężczyzn.

Projekt pierwotnie zakładał, że reprezentacja jednej płci miała być na poziomie 50%. Jak znam życie, nasi parlamentarzyści wrócą do tego, jak wyjdzie im z badań, że będzie jakiś procencik więcej za to. Pojawiły się też całkowicie absurdalne pomysły jak tzw. "suwak", który, gdyby się pojawił, zmusiłby doświadczonych i profesjonalnych działaczy do oddania tzw. "biorącego" miejsca na rzecz osoby o przeciwnej płci.

Piszę o tym, ponieważ partie są właśnie w trakcie budowania list do samorządu lokalnego. Gwarantuję, że niezależnie od partii, nie ma takiego polityka, który osobiście jest za tak rozumianym parytetem. Oczywiście publicznie będą tego bronić, bo gdzieś po drodze nawet oni dali się przekonać, że istnieje coś takiego jak "głosy kobiet", które jakimś cudem podobno da się zdobyć broniąc parytetów dla kobiet na listach. Dziwne, że w ich świecie nie zdobywa się tych głosów nie zabierając kobietom pieniędzy w podatkach, albo dając ich mężom zarobić tyle, aby one mogły zająć się ważniejszymi sprawami niż praca zawodowa. Ustawowe wymuszenie wciśnięcia na listę odpowiedniej liczby działaczy czy działaczek często zmusza do przerzucania kandydatów do okręgów, z którymi nie są osobiście związani, a tego ani kandydaci ani wyborcy nie lubią.

Całkowicie niezauważalnie media wciskają nam jako normalne coś, co normalne nie jest i tak uzależnienie popularyzacji osoby lub idei czy postawy od płci (a właściwie jej zmiany) czy ogólnie podejścia do seksu jest dziś ogromne. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze ten rząd zmusi partie do tworzenia list po 50% dla kobiet i mężczyzn, a jak pójdzie jeszcze gorzej, to kolejny rząd może wymusić aby na każdej liście znalazł się jakiś zadeklarowany homoseksualista, transseksualista, a za jakiś czas o swoje prawa upomną się również, dyskryminowane dziś w parlamencie (a jak!) osoby cierpiące na różnego rodzaju parafilie. Wtedy już na pewno, nawet Ci, którym jeszcze dziś nie udało się całkowicie zohydzić polityki, stwierdzą, że tego cyrku nie da się już oglądać.

Czego Państwu i sobie nie życzę.
Trwa ładowanie komentarzy...